Kopciuszek w Wadowicach

„Bardzo dawno, może przed wiekami, przed dwoma wiekami czy trzema w…”

A dokładnie na przełomie lutego i marca 2017 roku ruszyliśmy z  kolejnymi naszymi inicjatywami, tym razem „długoterminowymi”. Choć pomysł ten już wcześniej przewijał się w  naszych rozmowach podczas spotkań. Jest to nasz debiut, by w  takim gronie przygotować… spektakl.


„Pewnego dnia władca na długim i burzliwym spotkaniu z ministrami zdecydował…”

My także odbyliśmy takie spotkanie, które przyniosło nam kolejną dawkę radości, ale również było owocnie burzliwe. Przybyło na nie 14 osób z  siedmioma różnymi scenariuszami. Podzieliliśmy się na grupki, z  których każda, mając siedem minut, miała odegrać jeden scenariusz. Można sobie tylko wyobrazić, jak to wyglądało: dwie osoby, a  przed nimi scenariusz z  kilkoma lub kilkunastoma rolami i  do tego brak rekwizytów. Jednym słowem spontaniczność, a  patrząc na całokształt naszych działań związanych ze Światowymi Dniami Młodzieży, jest to jedna z  naszych najmocniejszych stron. I  zaczęło się „granie”. Śmiechu było co nie miara. Nasze zdolności teatralne nie raz nas zaskakiwały. Po tym jakże intensywnym i  radosnym czasie przyszedł moment na demokratyczny wybór spektaklu – w  tajnym głosowaniu wybór padł na… Kopciuszka.


„Bierz się do pracy ostro...”

Kolejne nasze spotkania przebiegały pod znakiem prób. Na początku co dwa, trzy tygodnie – bo przecież damy radę. Choć jak się później okazało, im termin naszego debiutu się zbliżał, tym częściej musieliśmy organizować próby. Trzy tygodnie przed premierą spotykaliśmy się praktycznie każdego dnia, choćby po kilka osób, a w ostatnich dniach nawet po kilka razy dziennie, gdyż oprócz prób, które są koniecznym warunkiem powodzenia, musieliśmy przygotować scenografię, stroje, zaproszenia i  bilety.


„Obwieszczam, więc wszystkim i wszędzie, że dnia 10 czerwca, w pałacu bal się odbędzie”

Termin naszego debiutu wypadł na sobotę 10 czerwca. Szybko licząc, na przygotowania mieliśmy cztery miesiące. Czy to mało, czy dużo każdy może sobie odpowiedzieć, ale najważniejsze, że zdążyliśmy. Miejsce, do którego pojechaliśmy z  Kopciuszkiem to Dom Pomocy Społecznej dziecka chorego w Wadowicach, który prowadzą siostry nazaretanki. Dlaczego wybraliśmy akurat to miejsce? Może ze względu na to, że w naszej parafii posługują siostry nazaretanki i dzięki nim dowiedzieliśmy się o działaniu takich domów i mieliśmy łatwiejszy kontakt. Jednak patrząc z perspektywy czasu, możemy powiedzieć, iż każdemu z nas bliska jest myśl, że dzieci, które tam spotkamy, choć są dotknięte różnorakimi chorobami, to ta choroba w żaden sposób nie przysłania człowieka. Wszyscy gdzieś poczuliśmy tego ducha patrzenia na drugiego człowieka, niekoniecznie przez pryzmat choroby. Gdy byliśmy u sióstr wcześniej, aby się poznać i dogadać szczegóły, to jedna z nich powiedziała nam, że te dzieci na nas czekają i są otwarte na nowych gości i nowych znajomych. Jesteśmy pewni, że to właśnie jest główny powód, dla którego chcieliśmy pojechać ze swoim krótkim przedstawieniem.

Nie zapomnieliśmy też o naszych parafianach i również dla nich wystawiliśmy nasze przedstawienie następnego dnia, 11 czerwca, dwukrotnie: o godz. 12:30 i 17:00, ale więcej o tym za chwilę.


„Mamo, jestem gotowa”

I nadszedł ten dzień, a można powiedzieć ten weekend. W sobotę rano zebraliśmy się na parkingu parafialnym – trzy samochody, 13 aktorów i ksiądz Grzegorz, nasz opiekun. Spakowaliśmy swoje stroje, rekwizyty oraz prezenty dla naszych małych widzów. Na te ostatnie złożyły się najpotrzebniejsze produkty dla podopiecznych Domu Pomocy Społecznej, które zapełniły trzy bagażniki i jedno tylne siedzenie. My tylko je zawieźliśmy, a taką możliwość zawdzięczamy parafianom i osobom, które w jedną z niedziel wspomogły materialnie to dzieło. Chcielibyśmy im gorąco podziękować i przekazać każdy uśmiech od wszystkich dzieci, którym mogliśmy w ten sposób pomóc.

Do Wadowic dojechaliśmy kilka minut po godzinie 11:00. Przywitaliśmy się z siostrami oraz z dziećmi, które w tym czasie spotkaliśmy, i przeprowadziliśmy jeszcze próbę generalną. Później udało nam się wygospodarować kilka chwil dla siebie, bo jak, będąc w Wadowicach, nie wybrać się na kremówki. Coraz większymi krokami zbliżała się godzina 14:00, a więc czas premiery. Zaczęli przybywać pierwsi widzowie z zaproszeniami, które, jak to w teatrze, były sprawdzane przy wejściu. Wszystkich – dzieci oraz osób dorosłych, którymi opiekują się siostry – zebrało się ponad 70. Przyszły również siostry mieszkające w ośrodku oraz pojawili się zaproszeni sponsorzy i harcerze, którzy są tam też wolontariuszami. Najpierw krótkie słowo do zebranych skierował ks. Grzegorz, a później do akcji wkroczyliśmy my.

Przedstawienie trwało około pół godziny. Uśmiech bezustannie pojawiał się na twarzach widzów. Również nam, w niektórych momentach trudno było zachować kamienną twarz. Podczas całego przedstawienia najważniejsza była dla nas widownia. Gdy patrzyliśmy na jej reakcje, spontaniczne i głośne wybuchy śmiechu, ale i skupienie, które też pojawiało się na ich twarzach, czuliśmy, że wszyscy razem stworzyliśmy jedną, wielką wspólnotę. Szczególnym punktem programu, wiążącym nas wszystkich, była wspólna zabawa na zakończenie w rytm znanych pewnie wszystkim Kaczuszek. Po zakończeniu spektaklu nie wróciliśmy jeszcze do domów – czekał na nas grill i smaczne kiełbaski przygotowane przez siostry. W ten sposób do późnych godzin popołudniowych spędziliśmy ten sobotni czas.

Następny dzień upłynął pod znakiem spotkania z naszymi parafianami, od tych najmłodszych do najstarszych. Na pierwszym przedstawieniu pojawiło się ok. 60 osób, a na drugim sporo ponad 70. Wydawało się, że cała trema, która towarzyszyła występowi, minęła już w Wadowicach, ale okazało się, że jednak nie do końca – obecność własnej publiczności zrobiła swoje. Jednak z upływem czasu i radosnej atmosfery stres powoli odchodził i zaczęła się dobra zabawa, zarówno podczas pierwszego, jak i drugiego spektaklu.

Na zakończenie jeszcze anegdota z występu o godzinie 17:00. Rozpoczęliśmy gotowi i pewni, że wszystko dopięte na ostatni guzik i nic nas nie zaskoczy. Nagle w jednym momencie okazało się, że pantofelek, który jest jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym rekwizytem, zgubił się… i to nie planowo według scenariusza, ale w rzeczywistości. W trakcie odgrywania ról próbowaliśmy na różne sposoby przekazać sobie informację „Nie ma pantofelka!”, co było dla nas nie lada wyzwaniem, lecz niezmiernie pouczającym. Wszyscy aktorzy, zarówno ci na scenie, jak i za kulisami, szukali go... Zaczęliśmy już kombinować zastępczy bucik, ale gdy nadszedł czas sceny, w której miał on swoje pięć minut, znalazł się! Nie wiadomo, dlaczego i w jaki sposób, ale leżał na swoim miejscu, tylko był przykryty materiałem, na którym powinien stać. Na szczęście. Ale nieźle najedliśmy się strachu.

„Wszyscy odprowadzili Kopciuszka do królewskiego pałacu. Syn królewski nie posiadał się ze szczęścia i zachwycał się bez ustanku swoją śliczną narzeczoną. Królowa kiwała z uznaniem głową, a król podszeptywał jej do ucha, że nigdy nie widział tak wdzięcznej twarzyczki.”


„Czy ja też mogłabym przymierzyć ten bucik?”

Tak wyglądały miesiące i dni naszych przygotowań do Kopciuszka. W tym miejscu chcemy zaprosić wszystkich, którzy mają ochotę przymierzyć taki „bucik” wyczynowy, który zakładamy podczas różnych działań w naszej grupie Młodych ŚDM. A tymczasem serdecznie zapraszamy na nasze spotkania oraz kolejne przedstawienia, które swoją premierę będą miały już w niedalekiej przyszłości.


Z wsparciem dla bezdomnych na Plantach

„Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić” (Mt 31, 35)

Jako grupa Młodzi ŚDM pragniemy świadczyć dzieła miłosierdzia. Kolejną z naszych akcji było wyjście do bezdomnych na krakowskie Planty. 20 lutego 2017 r. zgromadziliśmy się najpierw w naszych salkach parafialnych, aby wspólnie przygotować jedzenie. Bardzo wiele osób chciało nam pomóc: jedni przynieśli gotowe kanapki, inni jogurty i owoce, a jeszcze inni zadbali o gorącą herbatę w termosach. Było mnóstwo małych, dobrych gestów, mimo iż nie każdy mógł z nami wyruszyć tego wieczoru z powodu pracy, szkoły lub zajęć domowych.

Podzieleni na dwie grupy po trzy osoby z wypakowanymi plecakami ruszyliśmy na Planty i w okolice rynku, by w tak nieznaczny sposób pomóc osobom w potrzebie. Na początku był stres. Taki spacer to wyzwanie – początki bywają trudne, ponieważ nie wiadomo, czy spotkamy ktoś, do kogo będzie można podejść, czy będziemy wiedzieć, jak się zachować, gdy ktoś będzie chciał opowiedzieć nam swoją historię. Nikt z nas nie przewodził, nie dyrygował – wspólnie uczyliśmy się zauważać innych. Ludzie niechętnie przyjmowali jedzenie, często wystarczała gorąca herbata i chwila rozmowy w ten mroźny, zimowy wieczór. Jednak byli i tacy, którzy cierpieli głód i cieszyli się z tego daru, biorąc nawet kanapki na następny dzień. Nie jest to łatwe doświadczenie, ponieważ bywają też groźne sytuacje, ale wspólnie dbaliśmy o nasze bezpieczeństwo. Po rozdaniu całego pożywienia byliśmy tak pełni radości, że wiedzieliśmy, iż jeszcze kiedyś musimy powtórzyć tę akcję.

Kolejny raz wyszliśmy do bezdomnych i głodnych 10 kwietnia 2017 r. Wiedzieliśmy, gdzie iść, aby ich spotkać, dlatego sprawnie podzieliliśmy się miejscami, w które pójdziemy. Ale jeśli chcemy pomóc wystarczy poświęcić swój czas dla drugiej osoby i zawsze znajdzie się ktoś, kto tego potrzebuje. Spotkaliśmy osoby głodne, czasem zagubione, ale były to też osoby, najczęściej potrzebujące rozmowy i zrozumienia. Takie doświadczenie umocniło nas i dało impuls do kontynuowania tych akcji.

"Uczynkami miłosierdzia są dzieła miłości, przez które przychodzimy z pomocą naszemu bliźniemu w potrzebach jego ciała i duszy. Pouczać, radzić, pocieszać, umacniać, jak również przebaczać i krzywdy cierpliwie znosić – to uczynki miłosierdzia co do duszy. Uczynki miłosierdzia co do ciała polegają zwłaszcza na tym, by głodnych nakarmić, bezdomnym dać dach nad głową, nagich przyodziać, chorych i więźniów nawiedzać, umarłych grzebać. Spośród tych czynów jałmużna dana ubogim jest jednym z podstawowych świadectw miłości braterskiej; jest ona także praktykowaniem sprawiedliwości, która podoba się Bogu."

Papież Franciszek



Pomysł wyjścia do bezdomnych narodził się na jednym z naszych spotkań. Na początku przesunęliśmy go trochę na dalszy plan i pozostał bez głębszych ustaleń. Jednak w myśl pełnienia uczynków miłosierdzia chcieliśmy świadczyć naszą postawą prawdziwą pomoc, wychodząc do ludzi. Pomimo zabiegania, różnego typu zajęć, pracy i szkoły znaleźliśmy czas, aby poświęcić go innym ludziom. Wielu z nas przechodząc ulicami Krakowa, spotyka potrzebujących ludzi. Są to osoby głodne, słabe, samotne, choć często też nadużywające alkoholu i niebezpieczne. Jednak w gronie przyjaciół można zdziałać bardzo wiele, można bardzo pomóc innym. Tylko trzeba mieć odwagę się odważyć! I chcieć od życia więcej. Nie na pokaz, ale robiąc coś dla innych, bezinteresownie. Mimo strachu potem wiemy, że było warto, bo takie uczynki napełniają serce radością. Dla mnie jest to bardzo pouczające doświadczenie, które pozwala w jakiś sposób zrozumieć potrzeby innych ludzi. A jest ich tak wiele. I nie chodzi o potrzeby materialne, czasem głód czy nawet chłód każdego wieczoru, ale o potrzebę rozmowy z drugim człowiekiem, o potrzebę zrozumienia, wreszcie o potrzebę wsparcia.

Nie wiemy, co nas czeka w przyszłości, nie wiemy, co będzie z nami za kilka lat. Niezależnie od wykształcenia i obecnej pozycji może zdarzyć się tak, że kiedyś będzie nam bardzo trudno podnieść się po upadku, a bycie głodnym nie powinno być powodem do wstydu, gdyż często nie jest to nasz wybór. Trzeba tylko mieć siłę wstać. I czasem wystarczy gest dobrej woli ze strony drugiego człowieka, aby zainspirować do działania i dodać sił.

Święty Jan Paweł II zwracał niesamowitą uwagę na wyobraźnię miłosierdzia, gdyż w  człowieku potrzebującym pomocy objawia się nam sam Chrystus, który oczekuje naszego serca. Jednak by ono się poruszyło, musi zadziałać nasz umysł, musi wkroczyć do akcji nasza inteligencja. Na cóż zdałaby się nam ona, gdybyśmy pozostali nieczuli na bliźniego? Święty Jakub wyraźnie pisze o tym w swoim liście, kiedy wyjaśnia chrześcijańską postawę i konieczność dobrych uczynków, które płyną z wiary: „Jeśli na przykład brat lub siostra nie mają odzienia lub brak im codziennego chleba, a ktoś z was powie im: «Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i najedzcie do syta!» – a nie dacie im tego, czego koniecznie potrzebują dla ciała - to na co się to przyda? (...) wiara, jeśli nie byłaby połączona z uczynkami, martwa jest (...)” (Jk 2, 15-17).

Faustyna


Kolędowanie w Domu Pomocy Społecznej

Kierując się uczynkami miłosierdzia oraz chęcią wspólnego świętowania narodzin Chrystusa, 17 stycznia nasza grupa odwiedziła Dom Pomocy Społecznej im. św. Brata Alberta przy ul. Nowaczyńskiego. Jest to placówka zapewniająca opiekę 175 przewlekle chorym, niepełnosprawnym oraz starszym osobom. Zgodnie ze zwyczajem kolędowaliśmy w tradycyjnych strojach: byli wśród nas królowie, aniołowie oraz Maryja z Józefem i Dzieciątkiem. Udało nam się odwiedzić około 70 podopiecznych, gdyż ze względu na ciężki stan zdrowia części mieszkańców placówki nie wszędzie mogliśmy dotrzeć. Chodziliśmy od pokoju do pokoju, śpiewając kolędy przy akompaniamencie dwóch gitar i mogliśmy wspólnie cieszyć się z przyjścia na świat Bożej Dzieciny. Z czasem nasza grupa powiększyła się, ponieważ przyłączali się do nas również podopieczni, by wspólnie kolędować. Oprócz radosnego śpiewu, dobrego słowa oraz uśmiechu na twarzach, w każdym pokoju zostawiliśmy pierniki, do których dołączony był cytat z Pisma Świętego.


Odwiedziny u starszych i chorych parafian

Skupiając się na jednym z uczynków miłosierdzia: chorych nawiedzać, postanowiliśmy odwiedzać starszych i schorowanych parafian, wybranych przez księży spośród osób, do których co miesiąc przychodzą z Komunią Świętą. W dwuosobowych grupach gościliśmy u tych seniorów raz lub dwa razy w tygodniu. Służymy tym osobom rozmową, dobrym słowem, a także dobrymi uczynkami, np. robieniem zakupów. Dobro płynie oczywiście w obie strony – my, jako wolontariusze, zyskujemy ogrom dobrych rad od doświadczonych życiem osób.

Przed pierwszą wizytą miałam wiele obaw. Nie wiedziałam, czy będziemy mieć jakieś wspólne tematy do rozmów, bałam się, czy dam radę pomóc drugiej osobie. Po pierwszym spotkaniu wszystkie obawy minęły. Odwiedzana przeze mnie Pani jest pogodną i inteligentną osobą, z którą spędzany czas mija zdecydowanie za szybko! Spotkania spędzamy głównie na rozmawianiu, a rozmawiamy dosłownie o wszystkim – od spraw zajmujących nas aktualnie, po ciekawe historie z  przeszłości. Z drugim wolontariuszem chodzimy również czasem na zakupy. Dzięki wolontariatowi zyskałam kolejną babcię, która służy nam dobrymi radami. Teraz, po ponad roku wolontariatu, nie wyobrażam sobie życia bez obecności kochanej starszej Pani w moim życiu.

Justyna



Kiedy zdecydowałem się na odwiedzanie osoby starszej, nie wiedziałem, czego się spodziewać. Na początku przychodziłem raz w tygodniu zawsze o tej samej porze, ale po pewnym czasie stało się to bardziej elastyczne. Pani, którą odwiedzam, kiedyś wynajmowała mieszkanie studentom, więc doskonale rozumie, że mój plan zajęć jest nieregularny i teraz najczęściej po prostu dzwonię do niej, czy mogę przyjść następnego dnia. Z drugiej strony czasem ona dzwoni do mnie, czy mógłbym do niej podejść w wolnej chwili na 10 minut, bo np. ma problem z telefonem. Pomagam Pani pisać smsy, czasami chodzę na zakupy, opowiadam o moich aktualnych planach, słucham historii z jej życia i mądrych rad. To wszystko sprawia, że nie traktuję tych wizyt jako akcji wolontariatu, ale po prostu jako spotkania, podczas których mogę porozmawiać z  miłą i życzliwą osobą.

Paweł


Światowe Dni Młodzieży w Krakowie

Przygotowania

Nasze spotkania zaczęły się dobrze ponad rok przed oficjalnymi obchodami Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Początkowo opierały się one na duchowym przygotowaniu nas do tego wydarzenia i wzajemnym poznaniu się, ale im bliżej byliśmy świętowania, tym więcej czekało nas pracy organizacyjnej. Począwszy od ustalenia zakwaterowania pielgrzymów, przez zebranie ich danych i przygotowanie dla nich tzw. „pakietów pielgrzyma”, które składały się z plecaka i identyfikatorów, po zorganizowanie talonów na jedzenie. Na tydzień przed ŚDM spędzaliśmy w salkach parafialnych po kilka godzin dziennie, aby wszystko było dopięte na ostatni guzik.


Nadeszły te dni

Na początku największym wyzwaniem było dla nas zakwaterowanie pielgrzymów zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami. Dodatkową trudność stanowiły różne godziny przyjazdu poszczególnych grup, więc dyżury musieliśmy pełnić od rana do późnych godzin nocnych. Nasza parafia gościła osoby z krajów hiszpańskojęzycznych, głównie z Argentyny, ale także Hiszpanii oraz innych krajów Ameryki Łacińskiej: Meksyku, Ekwadoru, Peru i Gwatemali – w sumie około tysiąca osób. Ponadto gościliśmy grupę pielgrzymów ze Szwajcarii z okolic Lugano, gdzie obecnie swoją posługę kapłańską pełni dawny wikariusz naszej parafii, ks. Tomasz Tomczyk. Po zakwaterowaniu pielgrzymów służyliśmy im pomocą, jeśli tylko zgłaszali jakiś problem, a osobom mieszkającym na terenie szkoły wydawaliśmy posiłki. Wśród innych zadań można wymienić przygotowywanie codziennych katechez, które odbywały się w naszym kościele. W natłoku obowiązków staraliśmy się nie zapominać o otaczającej nas radości i codziennie wieczorem udawaliśmy się do centrum Krakowa na Festiwal Młodych. Zabawa, śmiech, śpiew i prawdziwe świadectwo wiary były rzeczami, których doświadczyliśmy w te dni. Wyjątkowym wydarzeniem była środowa Msza Święta dedykowana pielgrzymom z Argentyny, której przewodniczył biskup argentyński. Dla całej naszej parafii było to niezwykłe doświadczenie żywej wiary, ukazujące jak wysławiają Chrystusa ludzie z  tego państwa oddalonego tysiące kilometrów od naszego kraju. Okres przygotowań sprawił nam wiele trudności, ale właśnie podczas tej Mszy Świętej poczuliśmy, że było warto. A to był dopiero początek.


Po zakończeniu ŚDM

W poniedziałek wróciliśmy do salek, aby pożegnać ostatnie grupy pielgrzymów. Zrobiło nam się przykro, że wszystko się już skończyło. Gdy wychodziliśmy na ulicę, nie było już widać kolorowych plecaków. Po ostatnich porządkach postanowiliśmy spotkać się raz jeszcze i podzielić swoimi świadectwami oraz zastanowić się nad przyszłością naszej grupy. To wcale nie był koniec. Pełni zaangażowania wymienialiśmy się pomysłami, w jaki sposób kontynuować naszą działalność. Zainspirowani słowami papieża Franciszka postanowiliśmy oprzeć nasze działania na uczynkach miłosierdzia i nieść radość innym.